Kraków miastem hejterów. Jak wypaczono ideę zrównoważonego transportu i rozpętano spiralę nienawiści

Dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane – to hasło doskonale wdrożono w życie w przypadku krakowskiej dyskusji o transporcie. Zaczęło się od stworzenia na Facebooku grupy dyskusyjnej, której założycielom przyświecały całkiem szczytne idee: wyzwań klimatycznych, zrównoważonego transportu, poprawy infrastruktury dla rowerzystów, ograniczenia zanieczyszczeń generowanych przez samochody. Grupa się rozrosła, dołączyli do nich wpływowi krakowscy politycy, radni, dyrektorowie miejskich jednostek, a także elity naukowe i kulturalne miasta. Nie minęło kilka lat, a sami założyciele oficjalnie nazwali się „trollami popierającymi prezydenta Jacka Majchrowskiego” i zaczęła się z ich strony niesamowita fala hejtu, stalkingu, nękania osób myślących inaczej niż oni. Autorami hejterskich zachowań i innych działań niezgodnych ze etosem akademickim (kradzież strony na Facebooku, złamanie tajemnicy korespondencji) jest też profesor szanowanej uczelni wyższej o profilu technicznym. A to wszystko przy aprobacie władz miasta, uczelni i polityków, w tym opozycyjnych, którzy wcale się od tych zachowań nie odcinają i nic z tym nie robią.

Zaniedbania transportowe władz miasta i ZIKITu

Jak do tego doszło? Aby to zrozumieć, trzeba sięgnąć wstecz do roku 2002. Władzę w mieście objął wówczas profesor Jacek Majchrowski, który podobnie jak jego prawa ręka Tadeusz Trzmiel miał raczej poglądy mocno prosamochodowe. Sama komunikacja miejska była co prawda rozwijana, ale bez większego rozmachu. Warszawa wówczas budowała kolejne linie metra i rozwijała kolej aglomeracyjną, Trójmiasto wraz z Pomorzem utworzyły nową linię Pomorskiej Kolei Metropolitarnej (PKM), w miastach niemieckich i austriackich standardem była sprawnie działająca kolej miejska zintegrowana taryfowo z ofertą autobusów i tramwajów, budowano drogi rowerowe i tworzono duże parki o powierzchni ponad 100 ha (np. Monachium), z czym Kraków sobie nie radził.

W Krakowie również były inicjatywy społeczne na rzecz np. budowy brakujących przystanków kolejowych na Małej i Dużej Obwodnicy oraz linii do Łęgu. Wielokrotnie uchwały zobowiązujące prezydenta do takich działań podejmowała Rada Miasta Krakowa. Teoretycznie organ stanowiący. Prezydent brał te uchwały i… od razu wyrzucał do kosza, albo zlecał coraz to nowe analizy, które miały wykazać, że się nie opłaca. Przy czym przy innych inwestycjach żadne analizy ani konsultacje nie były mu potrzebne – vide kosztowna rewitalizacja parków czy przeznaczanie zieleni pod betonowanie.

Władze Krakowa przez te 18 lat nie potrafiły sobie poradzić nawet z problemem braku chodników na osiedlach peryferyjnych, takich jak Łęg, Wadów, Chałupki, Kościelniki, Przylasek Rusiecki, Witkowice czy Łuczanowice. Temat dawno byłby rozwiązany, gdyby w 2002 roku w ogóle uświadomiono sobie, że taki problem istnieje i przeznaczano corocznie ok. 30 milionów złotych na budowę chodników na obrzeżach. Zamiast tego, cały budżet programu budowy chodników wynosił 5-8 milionów złotych, na całe niemal milionowe miasto z siedmiomiliardowym budżetem. Nie było i nie ma nawet najmniejszej refleksji, że to przecież bez sensu, że w tym tempie tych chodników nigdy nie zbudujemy. Nie podjęto żadnych skutecznych działań mających na celu zintegrowanie Krakowa z resztą metropolii, współpraca z sąsiednimi gminami to fikcja, brakuje chodników łączących na przykład Kraków z Zielonkami czy Skawiną lub Wieliczką, albo kładki łączącej Przylasek Rusiecki z Niepołomicami. To typowe dla tej władzy i urzędników – działania chaotyczne, na tu i teraz, bez planu i wizji. A często wzajemnie sprzeczne.

Nagle pojawił się Łukasz Franek

Wyżej opisane zaniedbania transportowe mocno irytowały wielu Krakowian, w tym również aktywistów, którzy założyli słynną grupę do wymiany poglądów o transporcie. Początkowo piętnowano na niej urzędnicze absurdy, krytykowano urzędników Jacka Majchrowskiego”, popierano pojawiające się alternatywy wobec urzędującego prezydenta. ZIKIT, czyli Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu stał się symbolem urzędniczej nieudolności, absurdów, niedasizmu i nie nadążania za europejskimi trendami. W Austrii i Niemczech rozwijano kolej miejską i metro, a urzędnicy Jacka Majchrowskiego wciąż tkwili mentalnie w latach 70-tych. Grupa względnie młodych, wykształconych, obytych w świecie pracowników krakowskich uczelni i programistów zaczęła sięgać po zachodnie książki dokumentujące najnowsze trendy z zakresu zrównoważonego transportu i urbanistyki, takie jak „Miasto Szczęśliwe”. Samo otoczenie Jacka Majchrowskiego zrozumiało, że musi coś z tym zrobić, skorygować tę politykę bez zmiany jej istoty, bo inaczej utraci władzę i wpływy. Było dodatkowo naciskane przez młodych i obytych w świecie polityków rządzącej Krakowem Platformy Obywatelskiej, w tym Aleksandra Miszalskiego. Tak w urzędzie pojawił się dyrektor Łukasz Franek, który zaczął wprowadzać pewne elementy tej „transportowej rewolucji” opisanej w aktywistycznej Biblii, czyli „Mieście Szczęśliwym”. Problem w tym, że robił to wybiórczo, na tyle, na ile pozwolił mu szef, czyli wciąż tkwiący w innej epoce Majchrowski i jego ówczesny zastępca Trzmiel.

Miasto nadal więc zwalczało inicjatywy w zakresie budowy przystanków na Małej i Dużej Obwodnicy Kolejowej i linii do Łęgu, zgodziło się jedynie na współudział w przebudowie linii średnicowej oraz budowy kilku przystanków na głównych liniach kolejowych w mieście. Ale to nie Kraków był inicjatorem tych zmian, tylko strona rządowa, w tym PiSowski minister Andrzej Adamczyk.

Nadal nie budowano chodników na obrzeżach, a budowa dróg rowerowych wlekła się niemiłosiernie. Dopiero po dwóch latach nacisków miasto zgodziło się na rezygnację z niefunkcjonalnej, krzywej kostki fazowanej i zastąpienia jej równą nawierzchnią chodników. A i to nie z własnej inicjatywy, tylko po jednogłośnym przyjęciu przez radnych tzw. Uchwały Rolkarskiej, wyśmiewanej zresztą przez aktywistów i realizowanej przez miasto tak sobie. Zwłaszcza oficer pieszo-rowerowy traktuje rolkarzy jak zło konieczne, nawet rozumie potrzebę zmian i coś dla rolkarzy robi – ale to i tak ledwie promil tego, co robi dla rowerzystów.

Obietnica budowy tuneli tramwajowych w centrum jako krakowskiej namiastki metra dopiero teraz ma szansę doczekać się realizacji. A więc powstanie realnie rzecz biorąc, najwcześniej około 2030 roku. Mowa o zadaniu, które dało się zrobić już 5 lat temu, gdyby zaczęto nad tym pracować w 2002 czy nawet w 2004 roku.

Ale jednak Łukasz Franek zaczął wprowadzać coś w rodzaju „transportowej rewolucji”, polegającej m. in. na oddaniu chodników w centrum pieszym, poprzez wprowadzanie słupków i ograniczenie możliwości parkowania. Nadal jednak bez alternatywy w postaci kolei miejskiej, bez parkingów park and ride, bez tuneli tramwajowych i innych kwestii, które są absolutną podstawą w Europie Zachodniej i Środkowej.

Początki hejtu

Jednostronne działania skierowane przeciwko samochodom w centrum bez stworzenia dobrej alternatywy wywołały falę protestów ze strony wielu kierowców, którzy zaczęli się organizować w różne stowarzyszenia, m. in. Stare Podgórze i Nic o Nas Bez Nas. Ich działania były skoncentrowane na krytyce Łukasza Franka. Nagle aktywiści ze wspomnianej już grupy, którzy przez lata ostro krytykowali Majchrowskiego i z nadzieją wypatrywali różnych alternatyw w postaci Łukasza Gibały, Tomasza Leśniaka czy Sławomira Ptaszkiewicza, zmienili front o 180 stopni. Łukasz Franek stał się dla nich niemalże bogiem, którego należy bronić za wszelką cenę i każdymi metodami, nawet brudnymi. A Majchrowski nagle przestał być postrzegany jako osoba tkwiąca mentalnie w latach 70-tych i ciągnąca Kraków w dół. Według stworzonej wówczas narracji został wykreowany na może i nieidalnego, ale jedynego gwaranta realizacji polityki transportowej opisanej w „Miastu Szczęśliwym”. Nagle Łukasz Gibała został nazywany populistą, przekaz ten zaczęły kreować dziwne strony typu „Wszystkie trolle Prezydenta” czy „Związek Zawodowy Płatnych Trolli ZIKITu”, lajkowane przez część miejskich radnych. „Przyjdzie PiS albo Gibała, to na pewno wywali Franka. Trzeba zatem stać murem za Majchrowskim” – przykonywali liderzy tego środowiska.

Tę narrację umiejętnie podtrzymywali liderzy rządzącej miastem Platformy, którzy utworzyli z Majchrowskim koalicję i wspólne listy wyborcze. Trzymanie się Majchrowskiego było dla nich „być albo nie być” po zbliżającej się, oczywistej klęsce w wyborach do Sejmiku i związanej z tym perspektywie utraty setek stanowisk dyrektorskich, kierowniczych i innych w różnych urzędach i spółkach. Niedługo wcześniej Platforma straciła władzę w Polsce, a więc nie mogła już zatrudniać swoich działaczy w Urzędzie Wojewódzkim, Agencji Modernizacji i Restrukturyzacji Rolnictwa czy Agencji Mienia Wojskowego. Sojusz z Majchrowskim był więc jedynym ratunkiem i należało tę narrację podkręcić za każdą cenę, w czym pomogli niektórzy aktywiści.

Działania które nastąpiły później są powszechnie lekceważone przez polityków i władze uczelni wyższych, traktowane jako niewinne zabawy na portalach społecznościowych, banieczkę aktywistyczną, która jest na małą skalę i bez znaczenia. Tymczasem zjawisko internetowego hejtu i trollingu ma właśnie to do siebie, że jest prowadzone przez „trolle” których nikt nie zna i które w realnym życiu najczęściej są osobami totalnie bez znaczenia, nierzadko nieśmiałymi i zakompleksionymi. Dokładnie na tej zasadzie jest zbudowana słynna fabryka hejtu w St. Petersburgu. Do przeprowadzenia skutecznych działań z zakresu dezinformacji, fake newsów, hejtu i nękania naprawdę nie trzeba wiele i spore „sukcesy” może osiągnąć nawet niewielka grupka kilkunastu osób, pod warunkiem że opanują techniki trollowania i manipulacji i działają w zorganizowany sposób. Wielu z nich jest wciągana w narrację hejterów nieświadomie, z pełnym przekonaniem, że robią to dla jakiejś ważnej idei: upowszechniania ruchu rowerowego, wspierania wyzwań klimatycznych, czy też „celem popularyzacji nauki”.

Fabryka trolli na krakowskiej Olszy

Osobą która te działania opanowała do perfekcji, jest pewien zakompleksiony hejter z krakowskiej Olszy. Osoby które go nie zablokowały nie mogą się nadziwić, że jego aktywność w mediach społecznościowych trwa niemal całą dobę. Rano, w ciągu dnia, późno w nocy, w pracy, na zagranicznym urlopie – bez znaczenia. Zawsze musi wziąć udział w dyskusji, włożyć kij w mrowisko, napisać złośliwy komentarz i następnie ciągnąć rozmowę bez końca, byle tylko dokuczyć rozmówcy. Ktoś broni zieleni – Hejter z Olszy zawsze musi napisać, że miasto robi dobrze, po co zieleń. „Zieleń to ja mam w 4 k na telewizorze” – lubi powtarzać jego kolega Profesor.

Oprócz występowania pod własnym nazwiskiem, Hejter z Olszy stworzył też już kilka lat temu armię kilkunastu czy nawet więcej internetowych trolli, w tym starannie tworzonych fałszywych tożsamości. Bardzo profesjonalnych, z długą historią, zdjęciami, znajomymi, na pozór praktycznie niemożliwe jest wychwycenie, że to nie są prawdziwe osoby. To na przykład Andrzej Klein czy Justyna Wanat, fikcyjne postaci, które dla uwiarygodnienia się, są stworzone jako osoby o skrajnie prosamochodowych poglądach, atakujące Łukasza Franka, które przeniknęły do „antyfrankowych” grup typu Nic o Nas Bez Nas czy Stowarzyszenie Stare Podgórze. Wszystko po to, by prowokować, rozwalać niektóre środowiska od środka, wyciągać informacje, a przede wszystkim – „zbierać haki”, w odpowiednim momencie spreparować pewne materiały i skompromitować „przeciwnika”.

W swoich działaniach wspomniane środowisko hejterskie stosuje również zaawansowane metody psychologiczne. Udają przyjaciół, zdobywają zaufanie, prowokują do prowadzenia prześmiewczej rozmowy na messengerze. A następnie robią screeny, wyciągają zdania z kontekstu, przedstawiają ironiczną wypowiedź rozmówcy tak jakby była zdaniem wypowiedzianym na poważnie i „sprzedają” to mediom (tym otrzymującym wielomilionowe zlecenia reklamowe od magistratu). Potrafią prowadzić taką podwójną grę przez wiele miesięcy, nawet kilka lat. To metody typowe dla służb specjalnych (zwłaszcza tych z państw autorytarnych). Aż się wierzyć nie chce, że robią tak również „zwykli ludzie”, z naszego podwórka, z własnych pobudek.

Stop hejt? W Krakowskie elity polityczne i naukowe ten hejt i trolling akceptują

Można zapytać, jaką intencję mają wspomniani hejterzy do aż tak czasochłonnego i profesjonalnego zajmowania się działalnością w mediach społecznościowych nieraz po 16 godzin na dobę. Podczas pracy na szanowanej uczelni technicznej, przy obiedzie, przy piwie, na wakacjach. Początkowo można było mieć wrażenie, że jest to po prostu szczera obrona ulubionego dyrektora, który ich zdaniem wprowadzał progresywne rzeczy, a wskutek krytyki było ryzyko jego zwolnienia i zatrzymania rozpoczętych zmian. Początkowo można było uwierzyć w ich autentyczne przywiązanie do wyzwań klimatycznych i związanych z tym zasad zrównoważonego transportu. Jednak dalsze działania nie wskazują na to, że jest w tym wszystkim jakakolwiek merytoryczna logika. Zwłaszcza, że większość tych aktywistów równocześnie broni betonowania miasta i wyśmiewa inicjatywy broniące zieleni, np., ostro atakując Akcję Ratunkową dla Krakowa czy Monikę Bogdanowską i Mariusza Waszkiewicza. Co zatem, skoro nie autentyczne przekonanie? Albo interesy, albo motywacje psychopatyczne, chęć odegrania się przed „całym światem” za upokorzenia z dzieciństwa, pokazania że jest się „kimś ważnym”, kto pociąga w sieci za sznurki, ma na wszystkich haki, skutecznie niszczy ludziom życie.

To drugie można porównać z motywacją podpalacza, o którym przez chwilę mówi cały świat. Ludzie o destrukcyjnych tendencjach to nie są z reguły osoby pełniące ważne funkcje, to nie jest ktoś ważny, to raczej osoba która mało w życiu społecznym osiągnęła, nic konstruktywnego nie potrafi zbudować i którą wszyscy lekceważą, a w liceum i na studiach nikt ich nie lubił. A jednak w niszczeniu są perfekcyjni i mega skuteczni. Ignorowanie tego zjawiska i nie zrobienie z tym niczego, to największy błąd, który jest popełniany w takich sytuacjach. Oby to się nie skończyło tragedią, na przykład czyimś samobójstwem w wyniku zaszczucia, bo ich działania tylko się nasilają, z roku na rok przekraczając kolejne granice.

Jakub Łoginow


Dołącz do grupy „Krakowska polityka” na Facebooku i dyskutuj bez hejtu i trollingu: www.facebook.com/groups/krakowskapolityka